Ona kochac chciała
mimo ze, że nie umiała
Tak bardzo sie starała..
Aż wkońcu się nauczyła,
nastała magiczna chwila
razem im mijały miesiące
padał deszcz, świeciło słońce
Coraz mniej sie rozumieli
mimo że dalej byc razem chcieli
Ona powoli nie wytrzymywała
Brakowało jej sił, ale nie zerwała
Bo cały czas zbyt mogno Go kochała.
Byli ze sobą blisko, najbliżej jak sie dało
Chodz jemu było trudno
Szczęście Go nią obdarowało.
Ona go ranić nie chciała
Ani on jej
Lecz zazdrość się w nich wplatała
i w nocy i w dzień…
Snuli plany na przyszłość-na wieki
Dopóki oboje nie zamkną powieki
Wspólne życie, wspólna śmierć
Taki był ich dziwny cel
Ona bez niego nie mogła żyć
chodż czasem ją ranił, że nie mogła spokojnie śnić
ON czuł to samo, gdy wstawał codziennie rano
Miłość i serce poranione
Jej złymi słowami tak opatulone
Mimo to, wytrzymywali wszystko by,
Razem być
Chodz każdy wątpił, że do końca
bedą razem żyć
Ona wątpiła, on pewnie też
Przez swe kłótnie wywlewali tony łez
lecz szczęscia tez doznali wiele
Ona była jego-ON jej wielbicielem
Tylko czemu musieli sie rozstać? TAK PRĘDKO!
Ta rozłąka byla dla nich męką
Ona wyszła i juz nie wróciła,
Samochód-wypadek-jedna mała chwila
ON na jej pogrzebie wspominał wspólne dni,
Same leciały mu gorzkie łzy
Nie żył długo po stracie jej,
Odebrał sobie życie, w biały piękny dzień
Żyły pękły polała sie krew, powoli umierał
Szeptając imię jej…
Pochowali Go od Niej daleko,
Za doliną za rzeką….
Chodz ich dusze pewnie sie złączyły…
Bo ciężką miłoscią do siebie żyły…